niedziela, 17 marca 2019

Złote rady - lektury szkolne

Cześć!

Z racji tego, że mało kto czyta lektury szkolne, a ja bardzo nad tym ubolewam, postanowiłam napisać post, który nieco ułatwi Wam całą sprawę. Jest to również odpowiedź na to, co się dzieje w naszym książkowym świecie. Mam na myśli fakt, że coraz więcej blogerów i vlogerów publikuje treści zniechęcające ludzi do sięgania po lektury szkolne. W związku z tym zapraszam Was na kilka złotych rad dotyczących czytania lektur szkolnych.

1. Nie szukaj wymówek.

To, że Twoi znajomi uważają "Krzyżaków" za czyste zło i twór szatana, to nie znaczy, że Tobie się nie spodobają. To, że nie lubisz swojej polonistki nie znaczy, że jesteś zwolniony z czytania. To, że siedzisz w ławce z "kujonem" i będziesz mógł od niego ściągać nie znaczy, że możesz zignorować sprawę. To wszystko to tylko wymówki, których trzeba unikać jak ognia! 




2. Czytaj w swoim tempie.

Większość uczniów nie czyta lektur szkolnych zasłaniając się argumentem typu: "Nie lubię się spieszyć, kiedy czytam". Rozumiem, że ktoś nie lubi mieć ograniczeń czasowych, ale czy to na pewno dobry powód, żeby rezygnować z lektury? No nie! Przecież jeżeli dostaniesz słabą ocenę ze sprawdzianu treści lektury, świat się nie zawali. Nie możecie oczekiwać, że nauczyciel na każdego będzie czekał - przecież musi zrealizować podstawę programową, dlatego narzuca pewne tempo pracy. To nie jego wymysł tylko obowiązek narzucony odgórnie. 



3. Kto pyta, nie błądzi.

Znaczna większość lektur szkolnych jest trudna do zrozumienia, co zniechęca uczniów do czytania. No ale od tego macie polonistów i od tego macie internet, żeby spróbować pewne kwestie zrozumieć. Nie można mówić, że "Dziady" są do niczego tylko dlatego, że ich nie rozumiecie. To, że czegoś nie rozumiecie nie oznacza, że to coś jest bez sensu. Nie wahajcie się pytać! Podejdźcie po lekcji do polonistki i poproście, żeby jeszcze raz coś wytłumaczyła. Na pewno nie odmówi. :)



4. Unikaj negatywnego podejścia.

Po co od razu się nastawiać, że niczego nie zrozumiecie albo na pewno Wam się nie spodoba? No po co? Podejście do sprawy jest kluczową kwestią na każdej płaszczyźnie życia. Wkraczamy tutaj jeszcze w zagadnienie motywacji. Po co chcemy przeczytać lekturę szkolną? Żeby poszerzyć horyzonty, dowiedzieć się czegoś o historii czy kulturze, wzbogacić słownictwo, wdać się w budującą dyskusję opartą na wydarzeniach przedstawionych w książce... Nie czytamy lektur po to, żeby zdać egzamin gimnazjalny albo maturę. Nie to powinno być naszym celem. Egzaminy egzaminami, ale najważniejsza jest wiedza i umiejętności, jakie wynosimy ze szkoły. 


5. Najgorsza polonistka na świecie!

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy posiada luksus dobrej polonistki. Prawda jest przykra - bardzo dużo polonistów i polonistek nie potrafi dobrze omówić lektury. Ale to znowu nie usprawiedliwia nieczytania lektur! Każdy człowiek ma swój rozum i powinien się nim kierować w takiej sytuacji. Nie dogadujecie się z polonistą - trudno. Przeczytajcie książkę, odpalcie internet i poszukajcie kogoś, kto z Wami podyskutuje na temat tej lektury. 




6. Przeczytałam "Krzyżaków" - to było straszne! Nie lubię Sienkiewicza, nie lubię powieści historycznych, nie lubię lektur szkolnych! 

Słuchajcie, jest tylko jedno lekarstwo w takiej sytuacji. Lekarstwo, po które sięga zaskakująca mała liczba osób. "Krzyżacy" się nie spodobali? Sięgnij po "Ogniem i mieczem". Podoba się? Dobrze! Nie podoba się? Sięgnij po "Żonę plantatora herbaty" albo "Brzydką królową"? Podoba się? Dobrze! Nie podoba się? No cóż, to nie jest Twój gatunek... Rozumiecie o co chodzi? 

Nie można skreślać całej twórczości danego autora po jednym przeczytanym utworze. I nie można skreślać całego gatunku literackiego po jednym albo dwóch przeczytanych utworach. Nie wszystko jest napisane w taki sam sposób i nie wszystko dotyczy tego samego zagadnienia. 


7. Dlaczego czytamy "Balladynę"? Nie możemy czytać Pottera?! 

Nie. Kanon lektur szkolnych zawiera w sobie najważniejsze pozycje, które każdy Polak powinien znać. Gdyby w kanonie znajdowały się tylko pozycje typu "Harry Potter", "Zmierzch" czy "Gwiazd naszych wina" nikt nie sięgnąłby po "Wesele", "Tango" czy "Ferdydurke". Omawiamy najtrudniejsze utwory po to, żeby nie mieć problemów ze wszystkimi innymi. Dodatkowo pogłębiamy wiedzę z literatury i historii, budujemy tożsamość narodową i zaczynamy rozumieć bardzo ważne kwestie historyczno-polityczne. To wszystko czemuś służy.

Pamiętajcie, że uczycie się i czytacie przede wszystkim dla siebie, a nie dla rodziców, egzaminów czy nauczycieli. Lektury szkolne to książki - jak każde inne. Nic mnie tak nie irytuje, jak wszechobecne na blogach książkowych deklaracje o bezgranicznej miłości do książek z dobitnym podkreśleniem "ale lektur szkolnych nie lubię"... 

To tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że przynajmniej spróbujecie spojrzeć na lektury szkolne z innej perspektywy niż dotychczas. Nie twierdzę, że wszystkie lektury są wspaniałe i wszystkie trzeba znać. Ale trzeba wszystkiego spróbować, żeby to i owo wiedzieć oraz wyrobić sobie czytelniczy gust. Nie ma co marudzić! Zabieramy się do pracy. :)

P.S. Jeżeli są tu osoby, które chciałyby porozmawiać z kimś na temat którejś z lektur szkolnych albo ogólnie o lekturach, napiszcie do mnie na mój e-mail: ania0134@o2.pl. Bardzo chętnie podyskutuję, pomogę i zmotywuję. :)

piątek, 8 marca 2019

"Czyż nie dobija się koni" Horace McCoy


Hollywood, lata 30. XX wieku, rekordowo wysokie bezrobocie. Gigantyczny maraton taneczny przyciąga rzesze znęcone obietnicą darmowego wiktu i tysiąca dolarów dla zwycięzcy: bezrobotnych aktorów, łowców nagród i ludzi bez perspektyw. Rozpoczyna się dziwna pogoń spoconych par za kołem fortuny. Dla niektórych stawką jest życie…





Marzenia... Ach, marzenia! Czyż to nie one są naszym motorem napędowym? Naszą motywacją, a czasem jedyną nadzieją na lepsze jutro. To one powodują, że chce nam się żyć, ponieważ mamy jakiś cel, rozpaczliwie próbujemy go zdobyć. Ale czy marzenia zawsze są dobre? 

Czyż nie dobija się koni? to pierwsza amerykańska powieść egzystencjalna (1935 rok). Liczy sobie niecałe 150 stron, więc w zasadzie można połknąć ją na jeden CHAPS! Tymczasem okazuje się, że specyficzny klimat i obciążająca psychikę treść zmuszają czytelnika do rozwleczenia tej lektury i zrobienia kilku podejść. Początkowo nie mogłam wgryźć się w tę historię, ale gdy już to zrobiłam, nie mogłam pozbyć się dziwnego uczucia, które mówiło mi, że na końcu będzie coś fascynującego. Przeczucia mnie nie zawiodły...

Wspaniałe Hollywood kojarzące się ze sławą, bogactwem i karierą ma swoją mroczną stronę... Ludzie są w stanie zrobić wszystko za tysiąc dolarów. W maratonie tanecznym biorą udział osoby z marginesu społecznego. Osoby, które już wszystko przegrały, ale żyją marzeniami o zrobieniu wielkiej kariery - od zera do milionera. Sytuacja jest, delikatnie mówiąc, nienormalna, ponieważ w rzeczywistości bogaci ludzie, organizując maraton, bogacą się jeszcze bardziej na krzywdzie osób ledwo trzymających się przy życiu. Uczestnicy będą musieli zapłacić horrendalną cenę za udział w tym wydarzeniu. 

Czego uczy nas powieść? Myślę, że tego, co w życiu najważniejsze - równowagi. Opowiada o trudach życia, o niesprawiedliwościach, niezrozumieniu siebie nawzajem... O wypełnianiu czyichś próśb i o próbie osądzenia, czy dane zachowanie było dobre czy nie. A w końcu - czy wszystko w życiu jest czarno - białe? Czy zawsze musimy posługiwać się systemem zero - jedynkowym? 

Czyż nie dobija się koni? to lektura trudna, wymagająca i dołująca. Myślę, że jej treść na długo zapadnie mi w pamięć i jeszcze niejednokrotnie będę wracała do tej historii. A teraz, będąc już po lekturze, mam zamiar obejrzeć spektakl teatralny, który pozwoli mi na nowo przemyśleć treść książki i być może pokaże coś, na co nie zwróciłam uwagi przy lekturze. Ze swojej strony serdecznie polecam tę książkę, szczególnie dorosłym odbiorcom. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:


piątek, 22 lutego 2019

"Kobieta w bieli" Wilkie Collins | Recenzja


Walter Hartright, młody nauczyciel rysunku, podczas wędrówki z Hampstead do Londynu późnym letnim wieczorem spotyka tajemniczą kobietę ubraną w biel, najwidoczniej w tragicznym położeniu. Pomaga jej dotrzeć do Londynu, ale później dowiaduje się, że uciekła ona ze szpitala psychiatrycznego. Następnego dnia Hartright podróżuje na północ do Limmeridge House, ponieważ został zatrudniony jako mistrz rysunku dla mieszkańców tego domu, czyli Laury Fairlie, bratanicy gospodarza domu, i Marianny Halcombe, jej oddanej przyrodniej siostry. Kilka dni po swym przybyciu Hartright uświadamia sobie, że Laura jest zadziwiająco podobna do kobiety w bieli. Ta w dzieciństwie mieszkała przez jakiś czas w Cumberland i bardzo przywiązała się do matki Laury, która zawsze ubierała ją na biało.





"Kobieta w bieli" to najpopularniejsza powieść Wilkiego Collinsa. Przyjęło się, że jest to jedna z pierwszych powieści kryminalno - sensacyjnych. W tym punkcie można się spierać, ponieważ jest mnóstwo twórców, którzy pisali o różnych zagadkach, przyczyniając się do rozwoju gatunku, jakim jest kryminał. Sprawdźmy, czym może nas zachwycić "Kobieta w bieli".

Na "Kobietę w bieli" czekałam długo i niecierpliwie. Wiedziałam, że jest to powieść, która spotkała się z wielkim entuzjazmem ze strony czytelników, a jednocześnie bałam się, że nie spełni moich oczekiwań. Kilka powieści Collinsa mam już za sobą, w związku z tym mogę się do nich odnieść oceniając "Kobietę w bieli". Od razu powiem, że nie wiem, czy akurat ta powieść jest moim zdaniem najlepsza z tych, które do tej pory poznałam. Owszem, bardzo mi się podobała, ale nie chciałabym w jakikolwiek sposób gloryfikować "Kobiety w bieli", żeby przypadkiem nie zniechęcić do innych pozycji tego autora. 

Nie mam wątpliwości co do tego, że intryga, jaka ma miejsce w XIX - wiecznej Anglii, jest głównym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę. Akcja jest bardzo skomplikowana, nieoczywista i wciągająca! Wilkie Collins to chyba jedyny pisarz, jakiego znam, który tak subtelnie pisze o okrutnych rzeczach. Gdyby ktoś przełożył jego powieści na brutalniejszy język, nie wiem, czy ktokolwiek czerpałby przyjemność z takiej lektury... To właśnie ten powściągliwy, a zarazem bardzo "malowniczy" styl Collinsa sprawia, że jego powieści można połykać, jedna za drugą. 

Wspaniałe postacie, jak zwykle w prozie Collinsa, zachęcają czytelnika do dalszej lektury. Warto bliżej przyjrzeć się postaciom drugoplanowym, które odgrywają w całej intrydze znaczną rolę, jednak oprócz tego są świetnie wykreowane i stanowią pretekst do rozważań na różne tematy. To, co powtarzam zawsze w recenzjach książek Collinsa, sprawdza się również teraz. Ten człowiek musiał być bardzo wnikliwym obserwatorem, który rozumiał ludzkie emocje i potrafił to wszystko przelać na papier. Oczywiście, na pewno są w "Kobiecie w bieli" szczegóły, które mogą komuś przeszkadzać. Sama intryga, choć wspaniale poprowadzona, jest na tyle specyficzna, że po prostu nie każdy to "kupi". Wszystko zależy od gustu i podejścia, ale ja mogę jednoznacznie stwierdzić, że "Kobieta w bieli" bardzo mi się podobała i być może sięgnę po nią ponownie, za jakiś czas. :)


Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:


czwartek, 14 lutego 2019

Spektakl "Rio" - Teatr Telewizji | Recenzja

Nowość na moim blogu! 

Ze względu na pewne zmiany w moim życiu postanowiłam wzbogacić mojego bloga o nowy rodzaj postów. Tym razem mam dla Was recenzję spektaklu teatralnego, który, moim zdaniem, nie wypadł zbyt korzystnie. Dlaczego? Zapraszam do czytania.


"Rio" to spektakl, w którym spotkamy młode małżeństwo - Emilię Komarnicką - Klynstrę i Redbana Klynstra - Komarnickiego, który dodatkowo jest reżyserem. Akcja wygląda następująco: mężczyzna ze stoma tysiącami złotych przychodzi do banku z zamiarem założenia lokaty. Obsługująca go kobieta zapewnia, że bank, w którym pracuje, jest najlepszy na rynku i "z pewnością nie jest parabankiem, który za chwilę splajtuje". Jednak w tym momencie akcja nabiera tempa, a odbiorca nie może być już niczego pewien...

"Rio" miał być spektaklem walentynkowym - i tu jest pierwszy problem. Moje oko nie dostrzegło w nim absolutnie niczego miłosnego czy uroczego. Trudno nawet określić, o czym ten spektakl opowiada. Po kilkunastu minutach oglądania pomyślałam, że zapewne mowa o niespełnionych marzeniach, które siedzą w każdym z nas pod osłoną nudnej, niepotrzebnie zaśmiecającej umysł pracy. Ale po jakimś czasie okazało się, że cała moja teoria legła w gruzach, bo akcja toczy się w zupełnie innym kierunku. Zaczęło nawet wiać nudą... Dlaczego?

Reżyser zapewniał, że odbiorca będzie miał do przetrawienia sporo zwrotów akcji. Owszem, zwroty były! Ale ich nagromadzenie okazało się tak liczne, że zamiast intrygować, zaczęło męczyć... 

"Rio" próbowało bronić się jeszcze kilkoma musicalowymi wstawkami, jednak nawet to muszę zakwalifikować do szufladki zatytułowanej "żenada". Umiejętności wokalne aktorów nie należą do wybitnych, a układy choreograficzne są po prostu dziecinne, zbyt proste i nudne. 



Prawda wygląda nieciekawie... "Rio" jest zwyczajnie nudne! Nie jestem zwolenniczką doszukiwania się sensu w tworach, w których go po prostu nie ma. Nie będę więc robić z siebie "specjalisty za dychę" i od razu stwierdzę, że nie dostrzegam w tym spektaklu żadnych wartości. Być może reżyser miał dobry pomysł i chciał przedstawić go w oryginalny sposób, jednak zdecydowanie przesadził z formą zamiast skupić się bardziej na treści. W moich oczach spektakl ten wypadł bardzo miernie... 

Oczywiście, nie jestem specjalistą w tym temacie. Jednak jestem dojrzałym widzem, który potrafi odróżnić dobry spektakl od kiepskiego, a ten zaliczam, niestety, do tej drugiej kategorii. 

czwartek, 7 lutego 2019

"Prawo i dama" Wilkie Collins | Recenzja

Powieść otwiera scena cichego ślubu w jednym z londyńskich kościołów. Bohaterami są młoda i piękna Valeria Brinton oraz szaleńczo w niej zakochany Eustace Woodville. Przez kilka pierwszych dni nic nie mąci szczęścia nowożeńców. Jednak wkrótce Valeria uświadamia sobie, że Eustace coś przed nią ukrywa. Dzięki przypadkowemu, jak się wydaje, spotkaniu z teściową, która od początku sprzeciwiała się ich małżeństwu, Valeria odkrywa, że jej mąż poślubił ją pod fałszywym nazwiskiem. Eustace ze wszystkich sił usiłują ją odwieźć od poznania prawdy, ale Valeria nie ustępuje…



Ci, którzy obserwują mojego bloga doskonale wiedzą, że uwielbiam twórczość Wilkiego Collinsa! Ten XIX-wieczny angielski pisarz podbił serca milionów czytelników, choć głównie kobiet, a przez jakiś czas był podobno jednym z najlepiej opłacanych wiktoriańskich beletrystów. Fakty mówią same za siebie - Collinsa trzeba znać! Jednak moja recenzja nie mogłaby zakończyć się na tym jednym zdaniu, dlatego zapraszam Was na kilka dodatkowych słów o książce, która niedawno ukazała się na polskim rynku wydawniczym za sprawą Wydawnictwa MG.

Dla tych osób, które o Collinsie jeszcze nie słyszały, powiem po raz kolejny, że ten pisarz posiadał niezwykły i rzadko spotykany talent kreowania bohaterów. W każdej książce Collinsa, którą do tej pory przeczytałam, na uwagę najbardziej zasługiwały postacie kobiece. Prawo i dama nie jest tu wyjątkiem, bowiem już z samego tytułu można wnioskować, że postać kobieca będzie tutaj najważniejsza. Valeria Brinton, główna bohaterka powieści, uważa, że zasługuje na prawdę i robi wszystko, aby się do niej dostać. Ale Valeria nie jest jedyną ciekawą postacią. Wilkie Collins zadbał o to, aby każdy czytelnik znalazł w jego powieściach coś dla siebie!

Dzięki uniwersalnym dziełom, takim jak Prawo i dama, możemy zauważyć, że choć między nami, a ludźmi XIX wieku istnieje wiele różnic, to jednak na pewnym poziomie jesteśmy tacy sami. Bez względu na to, czy żylibyśmy wtedy, czy teraz, emocje ciągle nam towarzyszą w codziennym życiu. Tak samo odczuwamy gniew, strach, radość, złość czy wzruszenie. Klasyka uwypukla te emocje w najpiękniejszy z możliwych sposobów. To właśnie dlatego tak bardzo namawiam Was do czytania tych ponadczasowych dzieł. :)

Choć książki Collinsa obfitują w plot twisty, skomplikowane relacje, trudne psychologiczne portrety bohaterów, to jednak, wbrew pozorom, akcja toczy się w dość wolnym tempie. Osoby przyzwyczajone do krwistych thrillerów i kryminałów, których akcja pędzi na łeb na szyję, być może poczują się znudzone tak skonstruowaną powieścią. Dlatego od razu zaznaczę, że powieści Collinsa są dla tych, którzy smakują literaturę, lubią powoli odkrywać kryjące się między stronami tajemnice i cieszyć się z ich stopniowego rozwiązywania. Warto czasami sięgnąć po taką klimatyczną powieść, dać się porwać wirowi emocji, namiętnościom i zagadkom. Jeżeli, tak jak ja, lubicie XIX-wieczne powieści, dajcie się namówić na twórczość Wilkiego Collinsa, bo naprawdę warto! :)

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu:

piątek, 1 lutego 2019

Zapowiedzi na luty 2019!

Po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej brakiem ciekawych nowości książkowych (oczywiście, to tylko moje zdanie), wracam do Was z garścią nowości. Tym razem będzie na co popatrzeć! ;)





W swoim życiu pełnym znaczących dokonań Michelle Obama stała się jedną z najbardziej ikonicznych i ujmujących kobiet naszych czasów. Jako Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych – i pierwsza Afroamerykanka na tym stanowisku – pomogła uczynić Biały Dom bardziej otwartym niż kiedykolwiek wcześniej. Została wielką rzeczniczką kobiet, zarówno tych w USA, jak i na całym świecie, gruntownie zmieniając przyzwyczajenia rodzin w zakresie zdrowszego i bardziej aktywnego życia. Towarzyszyła mężowi, gdy prowadził Amerykę poprzez niektóre z najtrudniejszych chwil w historii kraju. A przy tym pokazała nam, jak się poruszać na parkiecie, totalnie wymiatała w Carpool Karaoke i wychowała dwie trzeźwo myślące córki, chociaż media, które nie wybaczają, cały czas patrzyły jej na ręce.

W tych wspomnieniach, historii głęboko przemyślanej i opowiedzianej z porywającą swadą, Michelle Obama zaprasza czytelników do swojego świata. Porządkuje doświadczenia, które ją ukształtowały – od dzieciństwa w południowym Chicago, przez lata pracy na kierowniczym stanowisku, kiedy musiała pogodzić macierzyństwo z karierą, aż do czasu spędzonego w najsłynniejszym domu świata. Swoje zwycięstwa i porażki, zarówno te publiczne, jak i prywatne, opisuje z niezawodną szczerością i wielkim humorem, opowiadając historię swego życia w taki sam sposób, w jaki je przeżyła: we własnych słowach i na własnych warunkach.

Ciepła, mądra i odkrywcza – książka "Becoming" to zaskakująco intymny rozrachunek w wykonaniu kobiety wrażliwej i stanowczej, która konsekwentnie przerastała cudze oczekiwania. Jej opowieść potrafi natchnąć do tego samego.


Premiera: 13.02.2019 r.
Wydawnictwo: Agora





Wyjątkowa opowieść – po części saga rodzinna, po części baśń – która zręcznie wciąga nas w zawikłaną historię pochodzenia siedmiu sióstr.

"Sześć sióstr. Choć urodziły się na różnych kontynentach, wychowały się w bajecznej posiadłości na prywatnym półwyspie Jeziora Genewskiego. Adopcyjny ojciec, nazywany przez nie Pa Saltem, nadał im imiona mitycznych Plejad.  Każda ułożyła sobie życie po swojemu i rzadko mają okazję spotkać się wszystkie razem. Do domu ściąga je niespodziewana śmierć ojca, który zostawił każdej list i wskazówki mogące im pomóc w odkryciu własnych korzeni. I w odnalezieniu odpowiedzi na pytanie, co się stało z siódmą siostrą."

Tiggy po śmierci ojca przeprowadza się do dzikiej Szkocji, by robić to, co zawsze kochała – opiekować się zwierzętami. Trafia do odosobnionej posiadłości Kinnaird, której właścicielem jest tajemniczy Charlie. Wkrótce spotyka odwiecznego mieszkańca majątku – starego Cygana. I dowiaduje się od niego, że w jej żyłach płynie krew ludzi posiadających dar uzdrawiania. Oraz że dawno temu przepowiedziano mu, że kiedy Tiggy do niego przybędzie, ma wskazać jej drogę do spalonej słońcem Granady.

W cieniu okazałych murów Alhambry Tiggy odkrywa swój związek z członkami słynnej cygańskiej społeczności Sacromonte, którzy zostali zmuszeni do ucieczki ze swych domów podczas wojny domowej, i z La Candelą – największą tancerką flamenco swojego pokolenia. A pod okiem cygańskiej wiedźmy zaczyna uczyć się leczyć.

Przyjdzie jednak czas, kiedy los każe jej wybierać, czy powinna zostać z nowo poznaną rodziną, czy wrócić do Kinnaird, do Charliego…


Premiera: 13.02.2019 r.
Wydawnictwo: Albatros




Kontynuacja międzynarodowego fenomenu „Do wszystkich chłopców, których kochałam”

Sekretem udanego związku jest miłość, szczerość i bezgraniczne zaufanie. Jednak kiedy Peter spędza zbyt dużo czasu z Genevieve, swoją ex, Lara Jean robi się podejrzliwa. Chłopak utrzymuje, że to tylko przyjaźń, ale Lara Jean nie jest tego taka pewna.

Na dodatek do jej życia wraca John Ambrose, piąty adresat miłosnych listów, który nie ukrywa, że dziewczyna mu się podoba. Nagle we wciąż świeżym związku Lary Jean i Petera robi się bardzo tłoczno.

Rozwiązaniem problemu wydaje się zabawa z dzieciństwa, w którą wszyscy postanawiają zagrać. Jeżeli Lara Jean wygra, Genevieve będzie musiała zostawić Petera w spokoju. Tylko czy dziewczyna wciąż chce, aby coś ją łączyło z tym chłopakiem?


Premiera: 13.02.2019 r.
Wydawnictwo: Young




Lekko, romantycznie, zadziornie – Agnieszka Lingas-Łoniewska w najlepszej formie!


Zmysłowa, rozpalająca wyobraźnię i poruszająca serca historia dwojga ludzi, których połączył pech, a może… zrządzenie losu?

Jagoda Borówko, trzydziestokilkuletnia szefowa działu w agencji reklamowej we Wrocławiu, ma talent do pakowania się w kłopoty. Właśnie zakończyła nieudany związek z jednym ze swoich najważniejszych klientów i leczy złamane serce. Gdy w drodze na ślub przyjaciółki wdaje się w kłótnię z nieziemsko przystojnym nieznajomym, nie ma pojęcia, że zarówno tarapaty, jak i tajemniczy mężczyzna zagoszczą w jej życiu na dłużej. Hugo Bosy – bo tak nazywa się przystojniak – jest czarujący, seksowny i… wkrótce okazuje się nowym szefem Jagody. Choć oboje starają się być profesjonalni, nie jest im łatwo oprzeć się wzajemnemu przyciąganiu. Jakby tego było mało, były chłopak kobiety postanawia znowu zawalczyć o jej względy…

Zmysłowa powieść bestsellerowej autorki ponad 30 książek to więcej niż płomienny romans. To przejmująca opowieść o zaczynaniu życia na nowo.

Hugo Bosy niemal z dnia na dzień porzucił prowadzoną przez siebie jedną z najlepszych agencji reklamowych w Polsce i przeprowadził się z Warszawy do Wrocławia. Niechętnie mówi o swojej przeszłości, ale poznana przypadkiem piękna i nietuzinkowa Jagoda budzi w nim dawno zapomniane uczucia. Choć mężczyzna był pewien, że raz na zawsze skończył z miłością, zwariowana, pyskata i zjawiskowa panna Borówko mocno zachwiała jego postanowieniem. Ale czy Jagoda na pewno jest wolna? I czy Hugo odważy się otworzyć przed nią zranione serce?

Mogłoby się wydawać, że gdy los krzyżuje drogi dwójki samotnych i atrakcyjnych ludzi, między którymi wybucha namiętność, szczęśliwe zakończenie to tylko kwestia czasu. Agnieszka Lingas-Łoniewska, zwana przez fanów i recenzentów Dilerką Emocji, udowadnia, że prawdziwa miłość potrzebuje więcej niż tylko pożądania. Choć niewątpliwie odrobina pikanterii nadaje uczuciu smaku…


Premiera: 13.02.2019 r.
Wydawnictwo: Burda Media 




Pielęgniarki. Kończą trudne studia, dostają niskie pensje. Frustruje je, gdy traktowane są wyłącznie jako pomocnice lekarzy – przecież wykonują ciężką i wymagającą pracę. Często też niewdzięczną, bo pacjenci potrafią dawać w kość. A jednak kochają to, co robią. Czerpią z pracy ogromną satysfakcję i chcą opiekować się chorymi. Pielęgniarstwo to coś więcej niż zawód. Przejdź się z nimi po szpitalnym korytarzu, a dowiesz się, jak naprawdę wygląda ich życie.

"To były długie godziny rozmów z pracownikami różnych oddziałów i szpitali z wielu miast i placówek. Rozumiejąc ich przeżycia, analizując przemyślenia i wspominając własne doświadczenia, jeszcze głośniej mogę powtórzyć jedno z moich ulubionych pytań: Jestem pielęgniarką, a jaka jest twoja supermoc?

Jestem pielęgniarką. Prowadzę bloga, w którym staram się odczarować wizerunek mojego zawodu. Fascynują mnie ludzie. Jestem zakochana w Krakowie, rudych cocker spanielach, śpiewaniu, zimie, anestezjologii i intensywnej terapii, a przede wszystkim w pielęgniarstwie."
Weronika Nawara, autorka


Premiera: 13.02.2019 r.
Wydawnictwo: Otwarte




Wszyscy znają koniec tej opowieści. Syrena, książę, pocałunek prawdziwej miłości. Lecz przedtem była trójka przyjaciół – jedna z nich wzbudzała strach, drugi pochodził z rodziny królewskiej, a trzecia nie żyła.

Po tym, jak jej najlepsza przyjaciółka, Anna, utonęła, Evie stała się wyrzutkiem w swoim małym rybackim miasteczku. Dziwolągiem. Przekleństwem. Wiedźmą.

Przy brzegu zaczyna pojawiać się dziewczyna niezwykle podobna do Anny, i, mimo jej zaprzeczeń, Evie jest przekonana, że jej przyjaciółka wciąż żyje. Że jej magia okazała się nie być tak bezużyteczna, jak się wydawało. Dlatego gdy obie dziewczyny wpadają w oko – i skradają serca – dwóm czarującym książętom, Evie wierzy, że w końcu ma szansę żyć długo i szczęśliwie.

Niemniej jednak jej przyjaciółka skrywa tajemnicę. Nie może zostać w Havnestadzie ani poruszać się na dwóch nogach, chyba że Evie znajdzie sposób, by jej pomóc. Teraz Evie zrobi wszystko, aby uratować człowieczeństwo swojej przyjaciółki oraz serce swojego księcia, w którym drzemie potęga jej magii, jej oceanu oraz jej miłości, aż w końcu zbyt późno odkryje prawdę, jaka kryje się za zawartą przez nią umową.


Premiera: 27.02.2019 r.
Wydawnictwo: NieZwykłe




Zwykle polegamy tylko na medycynie zachodniej, mimo to na spotkania z bioenergoterapeutami przychodzą tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat.

W Polsce zarejestrowanych jest ponad sto tysięcy uzdrowicieli. Żadna nisza, biznes jak każdy. Kilka tytułów prasowych, profesjonalne strony internetowe, kursy i sklepy z gadżetami.

Co daje pacjentowi bioenergoterapeuta, czego nie potrafi dać lekarz? A jeśli coś daje, to czy to może szkodzić?

Katarzyna Janiszewska dociera do pacjentów i ich uzdrowicieli. Rozmawia z etykami, duchownymi oraz lekarzami. Przygląda się mechanizmom stojącym za przemysłem uzdrowień.

Kim naprawdę są bioenergoterapeuci? Cudotwórcami? Rzemieślnikami Pana Boga? Oszustami?


Premiera: 27.02.2018 r.
Wydawnictwo: Otwarte

sobota, 26 stycznia 2019

Trzy razy NIE...

Co byś zrobił mając tylko chwilę, żeby uratować swoje życie, a zegar już zaczął odliczanie?

Trzy minuty

Wszyscy nastolatkowie wiedzą, że pewnego dnia znajdą się w przerażającej krainie, do której zostaną Wezwani.

Dwie minuty

Na nieznanym terenie ruszą za nimi bezwzględni łowcy, którzy zrobią wszystko, by ich dopaść i zabić.

Minuta

A Nessa nie może biegać. Czy mimo poraż​enia nóg ma szansę na przeżycie, kiedy przyjdzie pora jej Wezwania?

Czas ucieka…


Dystopia „The Call. Wezwanie” opowiada o zemście ludu Sidhe na normalnych ludziach. Każdy nastolatek jest wzywany na niezwykłe spotkanie, którego przerażająca większość osób nie przeżywa… 



"The Call. Wezwanie" to najlepszy przykład tego, że dobry pomysł na fabułę i piękna okładka to nie wszystko.

"The Call" to fantastyka młodzieżowa, a każda książka z tego gatunku musi mieć wstęp do przedstawionego świata. Tego problemu nie ma w innych gatunkach, np. w powieściach obyczajowych, gdzie z góry wiadomo, że autor opisał w książce rzeczywisty świat, który przecież znamy od urodzenia. Sprawa wygląda nieco inaczej w fantastyce. "The Call" jest pierwszym tomem serii, a więc autor powinien powoli wprowadzać czytelnika do świata, którego jeszcze nie znamy. A jak to wygląda? Od pierwszych stron dzieją się rzeczy, których nie można zrozumieć. Czytałam dużo recenzji tej książki i znaczna większość osób skarży się na to samo - na brak wstępu. Skutkuje to problemami z wejściem w tematykę i ze zrozumieniem wykreowanego świata. Duży minus na samym początku... 

Choć opis brzmi bardzo zachęcająco, a okładka przyciąga wzrok i po prostu czaruje potencjalnego odbiorcę, to jednak książka nie zachwyca treścią. Pomysł jest naprawdę świetny! Szkoda, że autor nie wykorzystał go do końca. Zabrakło tutaj przede wszystkim klimatu. Peadar O'Guilin próbował stworzyć mroczną opowieść, a więc spodziewałam się czegoś, co wywoła u mnie przynajmniej gęsią skórkę czy dreszczyk emocji. Niczego takiego nie dostałam. Myślę, że problem tkwi w szczegółach, na które autor nie zwrócił uwagi, tzn. nie ma tutaj jakiejkolwiek kreacji przestrzeni, nie ma praktycznie żadnych relacji między bohaterami, a ponadto są oni naprawdę słabo wykreowani. Muszę tutaj jeszcze wspomnieć o błędach, które aż rażą w oczy! Korektorzy nie są maszynami i to normalne, że nie wyłapią wszystkich błędów, jasne. Ale bez przesady... Tu nie chodzi o literówki. Tych błędów jest mnóstwo! Poza typowymi "ortografami" w oczy razi jeszcze składnia. Jedna wielka tragedia... W niektórych zdaniach został zastosowany jakiś dziwny szyk, który z pewnością nie powinien występować w języku polskim. A przy tych wszystkich negatywach mogę wymienić jeszcze brak ciągu przyczynowo-skutkowego, co całkowicie zaburzyło schemat fabuły. 

Bardzo nie lubię krytykować książek, bo wolę raczej zachęcać ludzi do czytania. Ale niektóre pozycje po prostu zmuszają mnie do ostrzeżenia czytelników, aby nie sięgali po coś takiego... Jeżeli jest tu ktoś, kto przeczytał i polubił "The Call", niech zostawi komentarz z uzasadnieniem swojego zdania. Mówię poważnie. Są takie książki, których bardzo nie lubię (np. "Buntowniczka z pustyni"), ale rozumiem, że ktoś je uwielbia. Natomiast "The Call" to dla mnie jedna wielka niewiadoma. Jestem pewna, że na ten wpis trafi ktoś, kto kupuje tę historię. Dlatego czekam na Wasze komentarze.